Czasem, mimo, że nie mam jeszcze dzieci wyję... Nie płaczę, nie szlocham, wyję... Nie umiem się uspokoić. Widzę jakimi wartościami żyje młodzież. Jakimi żyją moi rówieśnicy. Niby wszyscy wychowywani tak samo, mający szansę na te same autorytety, wartości. Co zrobić, żeby moje dorosłe dzieci nie miały żalu? Całego świata nie zbawię, przed wszystkimi błędami nie uchronię, ale jak zrobię, żeby po powstaniu nawet z największego dna wracało się na łono domu rodzinnego, do jego wartości, marzeń, autorytetów.
Nie jest jednak najgorzej, a przy największym mrozie przecież świeci słońce.
Mam męża, który obiecuje, że zrobimy co będziemy mogli, który wesprze, pomoże, przytuli kiedy tylko to się da zrobić. I mam trochę wiedzy, choć wiem, że ona z praktyką nie zawsze ma coś wspólnego. Mam też drobną praktykę tu i ówdzie i jak się wydaje chyba nawet niezłą intuicję. Jest szansa. Na ile uda się ją wykorzystać?
Muzyka mi robi dobrze na inspirację :)